Irritus.

A na fotelu siedzi Ona, zdegustowana i rozczarowana, siedzi ona i nie chce patrzeć, w oczy patrzeć, które widziały, na ręce patrzeć, które dotykały, na człowieka patrzeć, którego kochała.
Siedzi zdegustowana na fotelu.

A On stoi przed nią, zdegustowany i rozczarowany, stoi i nie chce czuć, zapachu czuć, który podniecał, dotyku czuć, elektrycznego, jej bliskości czuć, bezpieczeństwa.
Stoi zdegustowany przed nią.

- Kocham Cię – nie mówi Ona.
- Kocham Cię - nie odpowiada On.

A Ona leży wtulona, w przeszłość utraconą i uczucia zgubione, ma łzy w oczach, co już nie chcą patrzeć i pustkę w sercu co już bije egoistycznie, dla siebie samego.
Milczy, bo milczeć wypada, gdy słowa stracone, sensu nabrały.

A On pije, na umór pije, zamknięty w pokoju niespełnionych marzeń i pustych nadziei, sam jeden, sam tylko ze szklanką w szorstkiej dłoni, co kiedyś tak dotykała namiętnie, sam tylko z butelką na stole, co wytrzymywać musiał temperamentną namiętność.
Milczy, bo milczeć wypada, gdy słowa z trzeźwości wyjałowione, sensu nabrały.

- Kocham Cię – nie powiedziała Ona.
- Kocham Cię – nie odpowiedział On.

Cisza wypełnia pustkę istnienia, kiedy wypala się wszystko to, co się kiedyś zrodziło z cierpienia, by słodko zakończyć żywot swój.

Czasy…

Kiedy ucieka się do wskazówek, można by rzec, że ucieka się do niczego, niczym starzec do niebieskiej pigułki, myśląc, że sztywność doda mu atrakcyjności.

Listy, gratulacje, myśli, owacje i inne dziwne gierki, które spłycają osobowość… JA? TY? Która godzina?

Reaktywacja?

(dedykacja dla usuniętego konta, sam wiem gdzie)

Chciałbym napisać, że kroplą w morzu jestem, a może ziarnkiem piasku na plaży, człowiekiem może wśród ludzi co nogi na ziemi, a ręce na twarzy, mają.

Chciałbym napisać, żem podobny do innych, co szczęście, nieszczęście na barkach swych niosą, chciałbym napisać że jestem podobny, taki sam co słowa wypowiada, pisze i cytuje…

Lecz nie czuje, nie wierze…
…nie ufam?

Chciałbym zadedykować, lecz dedykacja schowana w cieniu, szczerzy swe zęby na kolejnym zdjęciu robionym komórką w kiblu.

Zapomnij. Wróciłem.

Najlepsza.

Jasny i piękny jest ten  świat. Jasny i piękny o poranku, a gdy wszystko jest takie cudowne, to można przeczuwać, że jednak wieczór może być całkiem inny. I jest.

Dzisiaj nie przyszła, najlepsza kobieta co pieprzy się tylko z najlepszymi. A była tutaj, zawsze kiedy ja byłem i tańczyła gładko, swobodnie, w swoim rytmie w swoim świecie. W jakiś niepojęty sposób wpuszczała mnie do niego, wysyłając uśmiech co jakiś czas. Wiem, że był do mnie, gdyż za mną tylko butelki, nalewaki i obleśny barman. Do niego to raczej nie było, gdyż jego obleśność przekraczała wszelkie granice i w tym kubiźmie jego wyglądu oczy pokryte były tłuszczem spływającym z czoła. Nie widział, nie odwzajemniał, nic nie czuł. Wiem, że to było do mnie, bo się znaliśmy, tylko skąd?

Nie lubię kiedy alkohol nakazuje, rozkazuje i szarpie, aby się zastanawiać, aby myśleć o takich szczegółach. I to jeszcze w momentach kiedy czuje się nieswojo, kiedy czegoś lub kogoś mi brakuje. Nie myślałem, że będę tęsknił. Nie spodziewałem się tego akurat dzisiaj. Dlaczego nie przyszła? Może przyjdzie następnym razem, innego dnia.
Czytaj więcej »

Bławatek.

Kiedy przyjdziesz, zapukasz.
Zrobisz to cicho, wraz ze swoją wrodzoną czułością i delikatnością, której tak wielu nienawidzi. Zapukasz, poczekasz, aż drzwi się uchylą.
Otworzę, usłyszę i otworzę.
Będziesz miała łzy w oczach i stać będziesz bez ruchu, czekając jakby na pozwolenie, stać będziesz chwilę, potem wejdziesz i przywitasz. Bez słowa, bez zbędnych gestów, przywitasz i wejdziesz dalej.
Tam będą stały kawa i herbata na stole. Herbata jaką lubisz, różana, w filiżance z pękniętym uchem, co wspomnienia tylko przywołuje, a słuchać już nie potrafi. Obok filiżanki łyżeczka, czekająca na twoją delikatną dłoń i cukiernica.
Kiedy przyjdziesz, ja zdejmę ci płaszczyk i powieszę na kołku, podejdę delikatnie i poprowadzę do miejsca w którym usiądziesz, poczujesz znowu jak u siebie. Nic nie będę przynosił, gdyż wszystko już gotowe.
Spojrzę na ciebie.
Ty spojrzysz na mnie.
Kiedy przyjdziesz, ten stary zegar co zatrzymywał się wiele razy, te lata temu, znów się zatrzyma, pozwoli zapomnieć, po raz kolejny, pozwoli zbliżyć, dotknąć, da czas na otarcie łez.
Ja nie będę pamiętał.
Ty będziesz zapominać.
I już na tę chwilę, chwileczkę, utopimy naszą namiętność w ustach, nie będziesz siedzieć i czuć znowu jak u siebie, gdyż jesteś w domu, kiedy przyjdziesz. Słońce zajdzie w swojej krwistości, a my, jedno, zamkniemy kolejny rozdział niepamiętnej historii.
Kiedy przyjdziesz, będzie lato, zapach bzu, koszonej trawy i twojej skóry uspokoją nerwy a dreszcze już nie z lęku, tylko z naszych ciał wypływać będą. Wszystko się zmieni, kiedy przyjdziesz.

Za oknem burza.
Prąd, ktoś o nim już dawno zapomniał. Herbata zimna już, kawa wylana, na cukiernicy pajęczyna, pająka, co już przestał tu zaglądać.
Dreszcz.
Ściana zimna, z plamą po kawie na swojej szarej sukni, ręce wyciąga.

Kiedy przyjdziesz?

“Viva La Resistance!”

Jesteś wyzwolona, wyzwolone są twoje piersi, za które pozwalasz się łapać tym obleśnym dłoniom, wyzwolone są twoje nogi, które całkowicie odsłonięte manifestują twoje zniewolenie, wyzwolona jest twoja dupa, posadzona na umięśnionych udach właściciela obślizgłych łap, rzucającego frywolnie jakieś kurwy i chuje. Jesteś wyzwolona, jak twoja mina pozująca do zdjęcia, twój grymas dumy, wywołujący zazdrość przyjaciółek, bo on ma kasę, bo on jest gość , bo on będzie rżnął dzisiejszej, ponurej nocy ciebie. Dziś on zrobi z ciebie gwiazdę porno, którą skrywał gdzieś potajemnie w najbardziej wyuzdanych marzeniach, dziś on zrobi z tobą wszystko, a ty mu na to pozwolisz, twoje wyzwolenie na to pozwoli, byś po raz kolejny, patrząc sobie w oczy, poczuła się jak księżniczka, jak szmaciana laleczka w koronie z dwiema stówami w majtkach, albo i nie. Nie szkodzi. On nie jest pierwszy, ty nie jesteś pierwsza.

Czytaj więcej »

“Sprintem do nieba.”

“To jest życie”. Można by cytować, te super mądre kilka miliardów osób, które w swoim, właśnie życiu wypowiedziało te słowa. I co z tego, kurwa, że powiesz, jak ja o tym wiem i Mc’donaldsowej Ameryki nie odkryłeś.

Zimny poranek, lata dziewięćdziesiąte, wtedy jeszcze bywały zimne poranki, wtedy można było nosić szalik i z tego powodu nie chorować. Wódka stawiała na nogi, nikt się w zimne poranki nie dziwił, że śmierdzisz, gdyż niejeden nie czuł tego odoru z powodu samoistnej i automatycznej konsumpcji.

Czytaj więcej »