Najlepsza.

Jasny i piękny jest ten  świat. Jasny i piękny o poranku, a gdy wszystko jest takie cudowne, to można przeczuwać, że jednak wieczór może być całkiem inny. I jest.

Dzisiaj nie przyszła, najlepsza kobieta co pieprzy się tylko z najlepszymi. A była tutaj, zawsze kiedy ja byłem i tańczyła gładko, swobodnie, w swoim rytmie w swoim świecie. W jakiś niepojęty sposób wpuszczała mnie do niego, wysyłając uśmiech co jakiś czas. Wiem, że był do mnie, gdyż za mną tylko butelki, nalewaki i obleśny barman. Do niego to raczej nie było, gdyż jego obleśność przekraczała wszelkie granice i w tym kubiźmie jego wyglądu oczy pokryte były tłuszczem spływającym z czoła. Nie widział, nie odwzajemniał, nic nie czuł. Wiem, że to było do mnie, bo się znaliśmy, tylko skąd?

Nie lubię kiedy alkohol nakazuje, rozkazuje i szarpie, aby się zastanawiać, aby myśleć o takich szczegółach. I to jeszcze w momentach kiedy czuje się nieswojo, kiedy czegoś lub kogoś mi brakuje. Nie myślałem, że będę tęsknił. Nie spodziewałem się tego akurat dzisiaj. Dlaczego nie przyszła? Może przyjdzie następnym razem, innego dnia.

Liceum, tak, znaliśmy się z liceum, chodziliśmy wspólnie do klasy. Pamiętam. Wtedy już była najlepsza, wtedy już pieprzyła się tylko z najlepszymi. Nawet chłopaki, za którymi dziewczyny śliniły się jak pies na kiełbasę, nie byli godni zaszczytu, o który tak bardzo się starali, im bardziej słyszeli, że ona jest tylko dla najlepszych. Już wtedy miała swój świat i swoich przyjaciół. Odcięta całkowicie od klasowej hołoty. Nikt ich nie znał, nikt ich nie widział, często jak gdzieś bywaliśmy wszyscy i spożywaliśmy różne dziwne rzeczy, dzwonił telefon i uciekała do nich. Do tych najlepszych.
Urodę miała zawsze przeciętną, ubierała się po swojemu, czasem próbowała naśladować koleżanki, ale też w swój specyficzny sposób, czasami aż za bardzo. Wtedy także wysyłała już do mnie uśmiechy, nigdy nie rozmawialiśmy, tylko uśmiech, tylko z jej strony, jakoś nigdy nie mogłem się zebrać że by odwzajemnić, jakoś mi nie zależało. A kiedy już zdołałem się do tego przyzwyczaić, to po prostu nie przyszła. Stały element moich libacji jednoosobowych, w tym zapyziałym klubiku, z ogromnym parkietem, pokaźnym i tanim barkiem, z laleczkami szukającymi i testującymi swoich nowych księciów, z księciami co w swoim geście klepali wszystkie laleczki po dupach i byli największymi i najlepszymi jebakami na świecie. Ale nigdy dla niej…

W szkole była jedyną osobą która okazywała jakiś pozytywny gest w moją stronę, może dlatego, że oboje byliśmy inni i odstawaliśmy od reszty gówniarzy. Dokładnie gówniarzy, gdyż zawsze czułem się od nich starszy, nie rozumiałem ich problemów, gdyż dla mnie to nie były nigdy problemy, miałem swoje. Czasem jednak chciałem być takim jak oni, lecz kiedy znowu się z nimi spotykałem wszelkie chęci odchodziły na bok, ulatywały i nie wiadomo dlaczego, w duchu, cieszyłem się z tego powodu. Czułem się starszy i zawsze miałem swoje, ulotne, starsze towarzystwo. Kolesie zazdrościli mi kontaktów z dojrzałymi kobietami, przyklejali się do mnie, zagadywali, czasem szanowali, chcieli je zaliczyć. Nigdy z nimi nie rozmawiałem, nigdy nie miałem na to ochoty, szczególnie wiedząc o co im chodzi i w szczególności znając swoje położenie. Dla nich za stary, dla dojrzałych kobiet – gówniarz, z którym czasem się pobawiły, ale zawsze gówniarz. Ot pierdolony paradoks. Trzeba było nauczyć się żyć. Gdyby ci gówniarze, wiedzieli, że te kobiety doprowadziły mnie do wielkiej miłości, do połączenia się w parę z alkoholem, to chyba by tak nie szarżowali w tym kierunku, albo po prostu by to olali, gdyż taki zwyczaj mieli normalnie.

Koleżanki jej zazdrościły, domysłów w swoich pustych makówkach jej zazdrościły, gdyż nikt nie wiedział z kim, jak, gdzie i dlaczego, tylko słyszeli, że najlepsi, że jest szczęśliwa i że potrafi przeżywać orgazm bardzo często z tym kimś, czy tymi ktosiami. A to były czasy, kiedy słowo orgazm było dla wielu z nich jak nie wszystkich, słowem wypisanym w kolorowych modnych gazetkach, w poradnikach piorących mózg i przygotowujących te ślicznotki do bycia kukiełkami z którymi każdy robił i z niektórymi jeszcze robi co chce.
Zazdrościły jej i często robiły na złość. Jej postawa, była zawsze taka sama, beztroska, miała wszystkich i wszystko w dupie. Ten programowany i narzucany nam systemowo wtedy świat.
Jedynie czasem uśmiech do mnie. I tak zostało, nigdy ani słowa razem. Nigdy. Nawet głupkowate i mimowolne cześć. Tylko spojrzenie, jej uśmiech i koniec.

Dzisiaj jej nie ma. Czuję się nieswojo. Wódka nawet jakaś taka nieswoja, smak nieznany, z każdą szklanką próbuję się z nim zapoznać. Kurwa, a miało być tak jasno i pięknie, a tutaj kac zanim jeszcze się porządnie nie rozkręciliśmy z moim płynnym przyjacielem. A może jeszcze przyjdzie…

- Nie przyjdzie… – powiedział głos, w dziwnie znajomy sposób, w sposób upojenia bydlęcego – wiem na kogo czekasz i patrzysz, ale nie przyjdzie, już wcale. – znam tego palanta, czasem, kiedyś, jakieś historyjki nie z tego świata, znam go z czasów jeszcze ho ho szkoły, ale której? Nie chce mi się myśleć, ale to co powiedział wywołało jakiś dziwny chłód i niepokój, tak mocno że alkohol stanął mi w gardle i zapragnął wyjść z powrotem zastanawiając się tylko którym otworem. Przełknąłem to ścierwo…
- Jak to nie przyjdzie? Ta najlepsza? - zapytał, jeszcze grzecznie, alkohol.
- Tak, ta najlepsza nie przyjdzie, gdyż znaleźli ją dzisiaj martwą we własnym domu. – ja pierdole, tego już było za wiele, wódka w kaszlu wyszła nosem – Samobójstwo. Smutne, ale prawdziwe. Załamana nerwowo, zakręcona i zagubiona dziewczyna.
- A przyjaciele? Facet, faceci, kurwa ktokolwiek, ponoć było ich wielu, tacy wspaniali… Opuścili? A może z miłości… jak to, dlaczego?!?
- głupie pytania zawsze padają w takich momentach. Nigdy nie myślałem, nigdy nie czułem, że się przejmę tym małym uśmiechem.
- Przyglądali się temu.
- Jak to!?!
- A tak to, że ci wszyscy przyjaciele, najlepsi przyjaciele, najlepsi kochankowie i chuj wie co jeszcze najlepsze, to były ludziki wykonane z czego popadnie. Nie istnieli… –
obwieś usiadł i zaczął tłumaczyć, trzeba było zamówić flaszkę, trzeba się upić, trzeba to wszystko rozważyć, nie można tego przyjąć na trzeźwo – Nawet jak mówiła, że idzie na zakupy, to szła do kiosku, kupowała pisemka i wycinała im ubranka.
- A a a telefony? – już zaczynam się jąkać i to jeszcze z nienawidzącym głosem, gdyż zaczynam go nienawidzić za takie historie i sam kurwa nie wiem dlaczego zaczynam go pytać o szczegóły, jednak zależy…
- Od matki… kazała jej przychodzić do domu…
- Najlepsza przecież była, pieprzyła się z…
- Z nikim się nie pieprzyła!! –
przerwał po chamsku – z nikim nigdy ponoć. Zryty garnek i tyle. Nie wytrzymała…
- Szkoda dziewczyny, ale skoro z tyloma problemami, to może i dobrze, że uciekła z tego świata, fikcyjnego bardziej niż jej przyjaciele, faceci…
- Taaa – odsapnął swoją przepitą mordą, nie zapytam skąd on to wie, gdyż pewnie wie lepiej, sąsiad jakiś czy coś. Musiała być dobra w tym wszystkim, gdyż nawet on, który mieszka najbliżej, nie domyślił się. A wielokrotnie o niej mówił w naszych historyjkach z nie z tego świata…
- Patrz, patrz patrz, kto idzie!! – wyszeptał nagle jakby się podniecił, gdyż wyszło mu to całkiem sprawnie w stanie jakim był – To Dagmara, ta to jest… – w takim momencie zamilkł, w takim momencie alkohol go uciszył, gdyż nic więcej nie mógł powiedzieć.
- Dagmara, heh, “Bławatek”, ta to jest najlepsza…
- I pieprzy się tylko z najlepszymi… –
dodał.

Upadki się zdarzają. Upadki z wysoka czasami są mniej bolesne niż te z bardzo niska, z krawężnika naszej moralności, gdyż z takiego niespodziewanego szoku można dostać czkawki, która potrafi męczyć cholernie długo.

Pierdole – to chyba najlepsze słowo, które zdarza mi się o poranku, nie ważne kto jest obok, kto mnie budzi, jaki jest dzień, czy pora. Otwieram oczy i mówię Pierdolę, czasem zdarza się o kurwa. Wulgarnie? Zastanawiam się nad tym kiedy to wypowiem, nie mam wyrzutów. Zawsze twierdziłem, że dzień trzeba przywitać spektakularnie, nie ważne w jakim stanie, z kim, a tym bardziej gdzie. Na pokaz? Raczej nie, gdyż często pobudka bywa samotna, nie ćwiczę, nie krzyczę, mówię sam do siebie.

I tak nastał poranek, kolejne pierdolę wyszło z moich ust jak robaczek z jabłka spodziewający się sadowego raju. Słoneczko na swoim miejscu, nie znudziło mu się jeszcze świecenie i tak patrząc na nie, długo się chyba nie znudzi, no ale kto wie, promienie lecą ileś tysięcy lat, więc media mogą robić nas w bambuko i już go tam nie ma. Kocham takie rozkminy wczesnymi porankami, gdyż każdy poranek jest wczesny, czy to dziesiąta, czy szósta, czy piętnasta, zawsze za wcześnie. Patrzę na bok, pusto… czasami mówię sobie uff, najczęściej po tym westchnięciu idę sobie spokojnie rzygać, tak uff jest zawsze po bliżej lub dalej nie określonej libacji.
Myśl o śniadaniu? Raczej nigdy. Wszystkie te podstawowe funkcje są automatyczne i bez zastanowienia. Łazienka, woda, kawa, lodówka, zlew, popielniczka, szafa, buty, drzwi, zamek i do przodu opanowanymi trasami. Na to nie ma już wpływu, gdyż czasami ulica się zapadnie i panowie zaciekle łatają tą dziurę pracując przy kolejnej flaszce. Miesiąc z głowy, trzeba uczyć się nowych tras, by ponownie wrócić do starych. Pieprzone paradoksy, zaskakujące życie, ja pierdolę.

Dzisiaj nigdzie nie wychodzę, leżę w łóżku, mam w dupie, jest weekend. Tylko dlaczego dochodzi do mnie szum wody z łazienki. Kto zażywa kompieli o… ósmej piętnaście? Wczoraj piłem to fakt, ale śladów obcej cywilizacji nie widać w obrębie mojego wzroku czyli w całym pokoju. Przypomnij sobie… przypomnij… przypomnij…

Wczorajsza noc, pani co się uśmiechała do mnie, nie żyje, ciekawa informacja jak na spokojną libację, okazała się wariatką, o której myślałem, że jesteśmy podobni. Aż tak nie byliśmy. Kolega sprzedawał takie info, kochany kolega, nawet nie pamiętam jak ma na imię ten palant. Pewnie on też nie zna mojego, dzięki temu jesteśmy czyści. Zawsze z nim rozmawia alkohol, ja nie miałbym siły. Może alkohol zna jego imię, a może też ma to w dupie. Tak, palant i złota informacja, która zburzyła cały mój piękny świat… dziwne, że się tym nie przejmuje, w sumie normalne. Czasami zastanawiam się jak można być takim nieczułym chujem, zimnym fagasem, trzymającym w sobie i ściskającym tyle złotych myśli i emocji, które stoją w rzędzie jak ci, co do wojska dali się złapać łowcom głów za biurkiem z głową nad gwiazdami…
Był palant i wtedy wszedł, a dokładnie weszła… heh… właśnie Bławatek! Czy ja to powiedziałem głośno? Nie ważne, akcja przyspieszyła. Piękna kobieta, ta która z byle kim się nie zadawała, a tym bardziej nie raczyła w łóżku, na stole, pod stołem, na dywanie, podłodze, krześle i innych miejscach w których seks z prozy zamienia się w poezję, a czasem jednak w rymy blokersów z głosem przetrawionym marihuaną. Nie zadawała się z byle kim. Weszła, usiadła, wysączyła drinka, nie witała się z nami, gdyż my, ja i alkohol, nie zasługujemy na takie zaszczyty. Ciekawe jest to u znanych ludzi, że wiemy kim są, znamy ich życie, a oni mają nas w głębokim… Taaaaa, wypiła drinka, popatrzyła wokół, nikogo nie dojrzała i wyszła a za nią tych trzech debili. O kurwa! Za trzema debilami poszliśmy my, alkohol wziął butelkę do ręki, zaszliśmy za winkiel a oni stali i pastwili się nad nią. Ona leżała na masce starego rupcia i miała już praktycznie nogi rozłożone i to nie z własnej woli, ani z wyuzdania. Ona miała nogi rozłożone, bo oni tak chcieli.
Wtedy alkohol gwizdnął, alkohol powiedział Dobły Wieczół i trzasnął butelką o ścianę… Boli, boli, że urwał mi się film i boli mnie twarz, twarz z opuchlizną? Biłem się? Alkohol się bił? Żyję? Wtedy wyglądali na osiłków, a jak było na prawdę nie wiem. Może ja nie żyję? Może marzenia się spełniły? A może przyjechała policja i był wstyd, ale raczej jak policja, to nie budziłbym się we własnym łóżku.

- Dzień dobry mój bohaterze, wołałeś..? – powiedziała to namiętnie, stojąc całkowicie nago, jej smukłe, gładkie i delikatne ciało, po którym jeszcze spływają powolutku krople wody, opiera się o futrynę, uśmiecha się do mnie, uśmiecha się i patrzy wprost w moje oczy swoimi wielkimi niebieskimi, a tak świdrującymi, że aż dreszcz przechodzi i to nie jest na pewno dreszcz strachu. Głowa bezwiednie spada na poduszkę, umarłem i wcale nie trafiłem do piekła… czyżby?

  • PDF
  • Wykop
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Twitter
  • MySpace
  • Google Bookmarks

Machnij komentarzem.